Prezentuję komplet zdjęć na picassie:
http://picasaweb.google.com/Czarnecka.D.E
niedziela, 5 października 2008
Askim Site Visit
Na czwartek zaplanowana była wizyta w Askim, na południe od Goteborga, w celu zapoznania się z lokalizacją naszych ośrodków dla staruszków. To dopiero przygoda!
Takie dni utwierdzają mnie w mniemaniu, że jestem wyjątkowa.
A oto, co mi przyszło do głowy: to nic, że od tygodnia pada, to nic, że prognozy mówią, że nie przestanie padać do czerwca, mam rower, wodoodporne ciuchy, zaoszczędzę na biletach. Świetnie! Na mapie wygląda tak przyjemnie!
Więc wstaję rano, trzy godziny wcześniej niż wszyscy (jestem wyjątkowa!), ubieram się dziwacznie, w jakieś czarne trykoty z pieluchą, na to spodnie od sztormiaka, kurtka, rękawiczory, adidaski dla niemieckich emerytów, plecak wypchany po brzegi ciuchami na zmianę, uh uh, tak obładowana jadę sobie z mapą w kieszeni.
Mapa niezbyt dokładna, w Bóg wie jakiej skali, więc się gubię. Daję sobie 1,5 godziny na dotarcie na miejsce, a jeśli się zastanawiacie, ile to kilometrów, to powiem, że też chciałabym wiedzieć.
Jadę, jadę, pada, a kiedy tu pada, to pada w poziomie i zawsze w twarz (nie wiem, jak to się dzieje). W pewnym momencie, zza skał wyłania się woda, morze, jejku, gdzie jestem, nie powinno być morza. Więc - zgubiłam się - w bardzo pięknym miejscu - ale się zgubiłam. Próbując odkryć, gdzie jestem, pędzę od jednego skrzyżowania do kolejnego - jakaś duża ulica, może ma nazwę? może jest na mojej mapie? Moje wodoodporne ubranie zmienia się w małą saunę, adidasy dla niemieckich emerytów w mokre kłapciaki.
Pominę resztę tych żenujących przygód - docieram na miejsce 10 min przed czasem, wskakuję do łazienki i przebieram się, przyklepuję mokre włosiska, wycieram twarz, staram się wygladać jak człowiek.
Oczywiście wszyscy inni pojechali autobusem.
Za to w powrotnej drodze wcale się nie spieszyłam, świeciło słońce, podążyłam własnymi śladami, przejechałam się wzdłuż wybrzeża; liczyłam potem w domu - w obie strony około 56 km.
Na zdjęciach niekolejno mój rumak, trasa, widoczki i domki-dziwadełka.









Takie dni utwierdzają mnie w mniemaniu, że jestem wyjątkowa.
A oto, co mi przyszło do głowy: to nic, że od tygodnia pada, to nic, że prognozy mówią, że nie przestanie padać do czerwca, mam rower, wodoodporne ciuchy, zaoszczędzę na biletach. Świetnie! Na mapie wygląda tak przyjemnie!
Więc wstaję rano, trzy godziny wcześniej niż wszyscy (jestem wyjątkowa!), ubieram się dziwacznie, w jakieś czarne trykoty z pieluchą, na to spodnie od sztormiaka, kurtka, rękawiczory, adidaski dla niemieckich emerytów, plecak wypchany po brzegi ciuchami na zmianę, uh uh, tak obładowana jadę sobie z mapą w kieszeni.
Mapa niezbyt dokładna, w Bóg wie jakiej skali, więc się gubię. Daję sobie 1,5 godziny na dotarcie na miejsce, a jeśli się zastanawiacie, ile to kilometrów, to powiem, że też chciałabym wiedzieć.
Jadę, jadę, pada, a kiedy tu pada, to pada w poziomie i zawsze w twarz (nie wiem, jak to się dzieje). W pewnym momencie, zza skał wyłania się woda, morze, jejku, gdzie jestem, nie powinno być morza. Więc - zgubiłam się - w bardzo pięknym miejscu - ale się zgubiłam. Próbując odkryć, gdzie jestem, pędzę od jednego skrzyżowania do kolejnego - jakaś duża ulica, może ma nazwę? może jest na mojej mapie? Moje wodoodporne ubranie zmienia się w małą saunę, adidasy dla niemieckich emerytów w mokre kłapciaki.
Pominę resztę tych żenujących przygód - docieram na miejsce 10 min przed czasem, wskakuję do łazienki i przebieram się, przyklepuję mokre włosiska, wycieram twarz, staram się wygladać jak człowiek.
Oczywiście wszyscy inni pojechali autobusem.
Za to w powrotnej drodze wcale się nie spieszyłam, świeciło słońce, podążyłam własnymi śladami, przejechałam się wzdłuż wybrzeża; liczyłam potem w domu - w obie strony około 56 km.
Na zdjęciach niekolejno mój rumak, trasa, widoczki i domki-dziwadełka.









Design Studio
We wtorek odbyło się pierwsze spotkanie z wykładowcami od projektu. Mamy do wyboru dwa projektu - Senior Housing albo Hospital.
Pierwszy wykład o historii budownictwa szpitalnego o mało mnie nie zabił. Dostaliśmy też w prezencie coś różowego i większego od biblii. Ma tytuł Architektura szpitali, waży z tonę, ma dużo obrazków, ale to wcale nie pociesza - ma też dużo wszystkiego innego. Uznałam, że jestem na to za młoda i będę robić Senior Housing, więc nie przeczytam w całości.
Pierwszy wykład o historii budownictwa szpitalnego o mało mnie nie zabił. Dostaliśmy też w prezencie coś różowego i większego od biblii. Ma tytuł Architektura szpitali, waży z tonę, ma dużo obrazków, ale to wcale nie pociesza - ma też dużo wszystkiego innego. Uznałam, że jestem na to za młoda i będę robić Senior Housing, więc nie przeczytam w całości.
Nordic Architecture
W poniedziałki i wtorki mamy wykłady z przedmiotu Nordic Architecture. Ma nam przybliżyć dzieje architektury i urbanistyki w XX i XXI wieku w Szwecji, Norwegii, Finlandii i Danii. Nic na to nie poradzę, że zasypiałam na tych wykładach - wszystko to jest w najwyższym stopniu zajmujące, ale ten głos Clasa, naszego wykładowcy, cichy, spokojny, kojący jak bicie kropel o parapet (czy jestem zbyt patetyczna?)... pomijam fakt, że od tygodnia ciągle pada.
Muszę o tym poczytać.
Muszę o tym poczytać.
Requiem
Mozart zmarł w Wiedniu z powodu infekcji paciorkowcowej. Śmierć przerwała mu pracę nad ostatnim dziełem, Requiem - jak na ówczesne standardy, jest to dzieło króciutkie.
W tutejszej operze Requiem zmienione zostało w baleto - koncerto - operę, czymkolwiek miało być w zamyśle twórcy, przybrało tu formę totalną... na tyle totalną, że nie jestem chyba w stanie skomentować tego w żaden konkretny sposób. Byłam, widziałam. Była orkiestra, chór, czterech solistów w bardzo obszernych strojach z epoki, balet (hm, tancerze :P)... mnóstwo ludzi. Scenografia bardzo dopracowana i, doprawdy, szwedzka w całym z deczka standeciałym minimaliźmie. Mam nadzieję, że nie jestem zbyt krytyczna.
W tutejszej operze Requiem zmienione zostało w baleto - koncerto - operę, czymkolwiek miało być w zamyśle twórcy, przybrało tu formę totalną... na tyle totalną, że nie jestem chyba w stanie skomentować tego w żaden konkretny sposób. Byłam, widziałam. Była orkiestra, chór, czterech solistów w bardzo obszernych strojach z epoki, balet (hm, tancerze :P)... mnóstwo ludzi. Scenografia bardzo dopracowana i, doprawdy, szwedzka w całym z deczka standeciałym minimaliźmie. Mam nadzieję, że nie jestem zbyt krytyczna.
Paddan Boat Tour
Przeprowadzka
Postanowiłam przenieść się przez wzgląd na ilość i jakość obrazów, jakie mogę tu zamieszczać. Google jest monopolistą :D. Mam nadzieję, że nie zniechęci Was to do czytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









